co słychać

Cały ten las wzywa nas. Prawdziwa opowieść o grzybiarzach z Falklandów

Pani Mala z Bitwy pod Studziankami wstaje o czwartej rano. Bierze kobiałkę – nigdy nie używa do grzybów reklamówek – i zaraz po piątej, pierwszym autobusem jest na Wałkach. Wysiada przy sklepie Kozłowskiego. Stąd ma do swoich leśnych ścieżek jakieś dwa kilometry.

Zaczyna od szlabanu, idzie pod dębami po prawej stronie, aż do szkółek leśnych. Tu całkiem znika w lesie.

Kiedy ktoś z Tarnowa napotka przypadkowo na dukcie panią Amalię (dla znajomych Mala) mówi pół żartem, pół serio: ”oho, Mala tu już była. Nie ma co szukać”.

Dużo w tym prawda, bo pani Mala zajrzy pod każdy stary dąb i dokładnie wyczyści każde takie drzewo z prawdziwków. Opinię innych grzybiarzy o sobie traktuje jak komplement.

To bardzo osobliwa postać.

Ja grzybów nie jadam. Czuję do nich wstręt. Za te kilkadziesiąt lat w lesie raz tylko dałam się skusić na zupę grzybową, we Wigilię to było. I tyle mojego. Ale zbieranie! Ooo, to już całkiem co innego. Zbierać grzyby uwielbiam! Czuje taką radość, jak schylę się po kolejnego.

Co robi zatem z grzybami?

Rozdaję po sąsiadach, po znajomych. Mam radość, kiedy potem opowiadają, jak im smakowały, czy to w marynacie, duszone,w zupie, solone albo kiszone. Nigdy nie dałam się namówić na spróbowanie.

O tej wrześniowej porze nieledwie dnieje, kiedy pani Mala zaczyna buszowanie. Ale są tacy, którzy łażą po lesie, kiedy całkiem ciemno. Należy do nich „Bystrzak”, jak go nazywają. Porusza się w zupełnych ciemnościach rowerem po sobie tylko znanych miejscach. Z nieodłączną latarką.

Oho, Bystrzak świeci – mówią ci, którzy mają ziemniaki pod samym lasem i nocami pilnują ich przed dzikami.

Bystrzak uważa, że nocne zbieranie nie tylko ma sens, ale przynosi lepsze rezultaty niż to dzienne.

Rower zostawiam pod drzewem i świecę kawałek po kawałku. W smudze widać najlepiej, czy coś rośnie. Za dnia człowiek ma oczy dookoła głowy i czasem nie zauważy grzyba.

Raz tylko spotkało go niepowodzenie. Wraca pod drzewo, gdzie zostawił pojazd, a tam pustka. Ukradli, musiał wracać pieszo, kilometrami do domu.

Pan Garczok to intuicjonista. Lubi zbierać w paro osobowej gromadzie, co rzadko przydarza się prawdziwym grzybiarzom. Ci unikają grupy, idą sami w las. Garczok prawie pędem odwiedza buki i dęby. Leci, jakby niosła go jakaś niewidzialna siła.

On czuje, że tam, za tym zakrętem, pod tym drzewem musi być grzyb. Jakby go przywoływał do siebie. I co? Zawsze po takiej bieganinie wraca z borowikiem.

Każdy grzybiarz ma swoje „miejsca”. I strzeże ich przed innymi. Kiedy idzie w grupie, tak zboczy ze ścieżki, tak zmyli resztę, że samotnie dotrze do „miejsc”. Grzechem byłoby zdradzić, gdzie jego „miejsce” na rydze albo kanie. Zdradzenie miejsca – wierzą tacy – groziłoby potem niepowodzeniem .

Pierwsza z lasu na Wałkach wyłania się pani Mala. Zasiada na ławce autobusowej i czeka na pozostałych.

Pan Giemza zawsze wywołuje zaciekawienie wszystkich. Siada na boku, na samym kraniuszku ławki. Kobiałkę przykrywa szczelnie liśćmi chrzanu. Niby żeby słońce nie sięgało do jego grzybów, ale głównie po to, żeby mu wścibscy nie zaglądali, co tam ma.

No to pokażcie, Giemza, co tam macie – zagaduje Garczok i Giemza, chcąc nie chcąc, uchyla rąbka tajemnicy.

I wy to jecie?! – Garczok i reszta nie może się nadziwić. Oni tu wszyscy zbierają borowiki, maślaki, rydze, kanie, podgrzybki, ale żeby coś takiego?

Bo Giemza jest grzybiarzem „wyszczególnionym”, jak o nim mówią. Elitarnym całkowicie.

W jego koszyku są kępkowce jasnobrązowe, zbite w gromadkę, pyszne a mało znane grzybki jadalne, idealne do zup albo marynaty. Zbiera płachetki, zwane też turkami, kołpakami albo bydlarkami. Nie pogardzi muchomorami: twardawym albo czerwieniejącym. Wszyscy mają kanie, a on wiezie do domu kumulatkę obszarpaną, do kani łudząco podobną, ale „innego smaku”, jak powiada. I wreszcie kilka wyróżniających się rozmiarami mleczajów bieli. Wszyscy takiego mleczaja omijają, a Giemza posoli, pokraje na paski,obsmaży solidnie i długo i ma jako dodatek do tłustych potraw mięsnych.

Biel to biel – mawia sentencjonalnie.

Prawdziwi grzybiarze są przesądni. Na przykład nie dają sobie zrobić zdjęcia.

Za jasną cholerę nie dam się panu sfotografować. Nie będę widnieć w jakiejś gazecie czy czymś tam. To przynosi pecha. Grzyby się skłócą ze mną i nie znajdę ich tam gdzie szukam – powiada Giemza i pozwala jedynie na to, żeby zrobić zdjęcie kępkowca, trzymanego w ręku.

Nadjeżdża „dziesiątka” i grzybiarze rozpraszają się po autobusie. Wieczorem z uchylonych okien blokowisk na Falklandach unosić się będą smakowite zapachy.

Tekst i zdjęcie Zygmunt Szych

na zdjęciu: dłoń pana Giemzy z kępkowcem jasnobrązowym

Reklamy i banery wyborcze na portalu Tarnów.in - tel. 509 - 105 -880, kontakt@tarnow.in

Baner

Kliknij i dodaj komentarz

Zabierz głos w dyskusji

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najczęściej czytane

Wróć do góry