co słychać

Jak przegrać wybory na własne życzenie? (poradnik nie tylko dla prostych ludzi)

Zatrzymałem się przed bilbordem jednego z kandydatów do Rady Miasta w Tarnowie i ogarnęła mnie zgroza. Wzięła się ona stąd, że na słusznej wielkości formacie, oprócz niezbędnej fotografii nieszczęśnika doliczyłem się 24 wyrazów!

Dwadzieścia cztery wyrazy to absolutne zaprzeczenie filozofii plakatu czy bilbordu. Oba te środki komunikowania się z wyborcą są pomysłem znakomitym, bo dostępnym przez 24 godziny na dobę dla każdego, kto mieszka w mieście. Pod warunkiem jednak, że dotrzymana zostanie fundamentalna zasada: treści na plakacie lub bilbordzie jak najmniej! To nie „Trylogia” Sienkiewicza, żeby się nad tym pochylać i studiować godzinami. To ma być krótki, zwięzły, lakoniczny, czytelny komunikat, w dwóch słowach- dosłownie w dwóch – „sprzedający” kandydata.

A co mamy na plakatach,którymi zalepione są wszelkie dostępne miejsca? Sięgnę do pierwszego lepszego plakatu, takiego ze słupa ogłoszeniowego.

Wszelkie podobieństwa do rzeczywistości są absolutnie przypadkowe.

A zatem mamy zdjęcie. To konieczność. Ale te treści?

„Kandydat do Rady Miasta Tarnowa”. „Wybory 2018”. Lista numer 34, pozycja 71”. „ Okręg wyborczy nr 19”.„Idź z nami i walcz!”. „ Jestem, uczciwy”. „ Zrobię wszystko by żyło się lepiej”.

I tak dalej. Czasami odnoszę wrażenie, że kandydaci, raczej ich sztabowcy to ludzie absolutnie niedouczeni, jeśli idzie o zasady „wojny plakatowej”, lub mówiąc prostszym językiem- wyborczej socjotechniki. Wydaje im się, że im więcej tekstu, tym lepiej. Nic bardziej mylnego! Przy plakacie czy bilbordzie nikt nie zatrzyma się na dłużej,by go sobie poczytać. Oba te środki komunikowania po prostu MIJA SIĘ, idąc ulicą do celu. I tylko wtedy plakat wygra, jeśli zdoła się przebić do świadomości kogoś, kto ledwie rzuca na niego okiem.

Ale jak to osiągnąć, skoro wszystkie są do siebie podobne? Sylwetki kandydatów zlewają się w jednego, uniwersalnego. Dlaczego? Bo mają tern sam kolor tła, taki sam format- najczęściej zdjęcie „ legitymacyjne” do pasa, obowiązkowo w niebieskiej koszuli, pod krawatem. Kandydatów bez liku,a jakby była to jedna i ta sama osoba.

Spróbuję teraz zrobić remanent z wyżej cytowanymi treściami

Przede wszystkim wyrzucamy z bilborda (plakatu) „kandydat do Rady Miasta Tarnowa”. Po co taka obszerna, 5 wyrazowa wiadomość? Jeżeli to plakat w Tarnowie, wiadomo, że osoba na nim prezentowana nie kandyduje nie tylko do Knesetu, ale nawet nie do Rady Gminy w Lisiej Górze, tylko w Tarnowie. Po co zatem o tym informować?

Skreślam zupełnie zbędne „wybory 2018” . Każdy wiej jaki mamy rok i wie, że to nie wybory 2014 albo 2022. Rezygnujemy z obu wyrazów.

Lista numer… pozycja… Numer listy bym zostawił, to istotna informacja, gdzie kandydata szukać. Ale ta nieszczęsna pozycja? Przecież jeżeli wiemy że Kowalski czy Nowak są na liście nr 77 to bez trudu ich znajdziemy po nazwisku. Dopowiadanie na której pozycji jest kandydat to tak, jakby traktować wyborcę jak analfabetę.

A 4 wyrazowy numer okręgu? Po co to komu? Wiemy gdzie mieszkamy, a w lokalu wyborczym znajdziemy sylwetki kandydatów z naszego okręgu. Informacja na plakacie – zbędna.

Pozostają zatem hasła. Upieram się przy dwu wyrazowych, ale oryginalnych. Takich, które będą intrygowały, a przez to zwracały na siebie uwagę.

W tych wyborach centrale wymyśliły, że każdy kandydat danej partii będzie mieć takie samo hasło. Tak więc ci z PiS-u „dotrzymują słowa”, z PO będą za tym, żeby Tarnów ( Poznań, Tuchów, Warszawa czy Katowie) „miał szansę”, Kukiz15 zawoła na wszystkich listach w kraju:” Potrafisz Polsko”. A gdzie w tych czasem bezsensownych, globalnych hasłach miejsce na indywidualny charakter kandydata, jego urok osobisty i siódmy zmysł? Gdzie to słynne zawołanie „ wyróżnij się albo giń”?

Z rozdawanymi do mieszkań ulotkami jeszcze gorzej. Kandydaci piszą w nich, co im ślina na język przyniesie. Zaczynają od prezentowania swojej rodziny: żona Maria, dzieci Kasia i Paweł. Jedno chodzi do podstawówki,drugie do liceum. I tak dalej. Dużo, ale za to bez sensu. Co wyborcę obchodzi imię żony albo szkoły jego dzieci? On chce wiedzieć, co kandydat sobą prezentuje, jaką ma wizję rozwoju osiedla i miasta. Krótko, ale za to z sensem.

Kandydaci rekrutują się z różnych środowisk i niekoniecznie trzeba mieć najwyższe wykształcenie i tytuł doktora nauk. Rozum się liczy, a ten nie ma ceny. Rozum i charakter. Megaloman, przekonany że pozjadał wszystkie rozumy byłby marnym kandydatem…

A jednak ogarniają mnie wątpliwości, kiedy do rady miasta czy gminy kandydują dziennikarze.

Zwłaszcza, kiedy twierdzą, że ich działalność zawodowa jest niezależna. Tu muszę „lecieć po nazwiskach”, bo inaczej cały wywód byłby na wysokim stopniu ogólności. Weźmy jedną z dwójki kandydatów do samorządu, Lidkę Jaźwińską, która znakomicie odnalazła się w wykreowanym przez siebie „Niezależnym Studio Kadr”. Obawiam się, że kandydując „ z ramienia” PSL niezależność tę straci. W partyjnym układzie nie ma miejsca na niezależność. Trzeba tak grać, jak partia dyryguje.

To samo dotyczy Zbigniewa Filara z Tarnowskiej.tv. Startuje po raz drugi, także i tym razem postrzegany jest jako „człowiek wójta Kozioła”(PiS). Nie wiem, jak u niego będzie z niezależnością, tak pożądaną w zawodzie dziennikarskim, ale kiedy śledziłem relacje filmowe w jego tv, nie znalazłem ani jednego materiału, który do poczynań gminnego samorządu odnosiłby się krytycznie. Trudno być dziennikarzem i zarazem gminnym radnym. No, chyba że będzie się pisało wyłącznie o niepowodzeniach sąsiednich gmin.

W przeszłości mieliśmy już do czynienia z dziennikarzami, którzy wybierali się do władzy. Sam do takich należałem w zamierzchłych latach 90-tych. Startowałem do Sejmu co prawda, nie do Rady Miasta, ale zawiodłem się na społeczeństwie, które pokazało mi czerwoną kartkę, choć ponad pół tysiąca głosów to nie był najgorszy wynik zważywszy że partii i ugrupowań było dobrze ponad sto. Ja starałem się o mandat z Polskiej Partii Zielonych.

Gdybym byłą bardziej wyrobiony politycznie w tamtych latach, powinienem zwrócić uwagę na głos prostego ludu w osobie pewnego mieszkańca Zalasowej, kiedy w witrynie sklepowej umieszczaliśmy mój plakat na sklepowej witrynie. Była to karykatura wykonana przez zaprzyjaźnionego rysownika: w ustach trzymałem gęsie piór jako symbol zawodu. Wyglądało na rysunku jak pokaźne wąsy.

– A cóżeście za kocura tu przywieźli?- zapytał tubylec sprzed sklepu- na takiego głosu nie dam!

Cóż, zabrzmiało jak przestroga.

Zgoła inny przypadek przydarzył się dwóm moim kolegom po piórze, którzy wybrali się na radnych do miejskiego samorządu. Obaj otrzymali… po 6 sześć! głosów, co było oczywistym przedmiotem kpin nie tylko w środowisku.

A może wyborcy są na tyle dojrzali politycznie iż wiedzą, że miejsce dziennikarza jest w zawodzie, a nie na sesji Rady w charakterze radnego?

Zygmunt Szych

Reklamy i banery wyborcze na portalu Tarnów.in - tel. 509 - 105 -880, kontakt@tarnow.in

Baner

Baner

Kliknij i dodaj komentarz

Zabierz głos w dyskusji

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najczęściej czytane

Wróć do góry