Więcej informacji kategoria Magazyn Tarnow.in

No i odfrunęły moje gołębie

Wszystko było na dobrej drodze. Mógł zostać krezusem, najbogatszym człowiekiem w regionie. Na przeszkodzie stanął idiotyczny, biurokratyczny przepis.


Zbigniew Sipiora. Od kilku lat prezes największej i najstarszej w Tarnowie Tarnowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Architekt z wykształcenia. Co spowodowało, że architekt, umysł ścisły, ale i humanistyczny zarazem -zainteresował się hodowlą gołębi? Nie tych pocztowych na wystawy, konkursy i pokazy, ale takich do konsumpcji? Były wczesne lata dziewięćdziesiąte. Budowany był właśnie dobry klimat dla ludzi przedsiębiorczych.

To był pewien rodzaj przygody. Chęć sprawdzenia się w niecodziennym biznesie. Niecodziennym, bo jedynym takim w Polsce – mówi dziś, po latach tamtego eksperymentu pan Zbigniew.

Zabrali się do niego we dwóch. Tak się złożyło, że dobry znajomy Sipiory, Wojciech Łabno był hodowcą drobiu. W Skrzyszowie miał wielohektarowe gospodarstwo i kurniki na kilkadziesiąt tysięcy sztuk drobiu.

Postanowiliśmy hodować gołębie konsumpcyjne. Dowiedzieliśmy się, że we Francji cieszą się niebywałym powodzeniem rozchwytywane są jak ciepłe bułeczki. Dlaczego nie spróbować u nas? Szukaliśmy kontaktów…

I znaleźli. W Czechach, na Morawach. Pierwszy krok i… pierwsza porażka.

Tamtejszy hodowca po prostu nas oszukał. Sprzedał nam stare gołębie. Żadnego z nich pożytku. My potrzebowaliśmy takich, które w naszych wolierach wychowają potomstwo, czyli młodziaków, które będą sprzedawane.

To przykre doświadczenie nauczyło ich ostrożności. Ale nie zraziło do projektu.

Pojechaliśmy na wystawę rolniczą w Warszawie, w nadziei, że znajdziemy kogoś, kto nam pomoże. I znaleźliśmy. To był także Czech. Ale ten pojawił się tu jako przedstawiciel francuskiej firmy, hodującej konsumpcyjne gołębie. Zainteresował się naszymi staraniami i polecił przedsiębiorstwo koło Nantes. Pojechaliśmy tam z zamiarem kupienia pierwszych naszych gołębi.

I udało się .Zakupili tysiąc sztuk. Wieźli je do Polski non-stop, w specjalnej wolierze, przyczepionej do osobowego samochodu. Ryzykowne przedsięwzięcie, ponad półtora tysiąca kilometrów, a te delikatne ptaki musiały w czasie długiej, męczącej podróży mieć zapewniony stały dostęp do wody i paszy. Dojechali do Skrzyszowa bez strat.

Zapamiętałem pewne osobliwe zdarzenie. Akurat ja prowadziłem samochód, zatrzymaliśmy się na światłach, a na pasie obok pojazd z dryblasem za kierownicą. Przyglądał się nam uważnie. Kiedy ruszyliśmy, on wystawił na dach „koguta” i zajechał nam drogę. Policjant! „Ładne kwiatki – myślę sobie – ale przecież o jakimś wykroczeniu nie było mowy”.

Dryblas zagadał do nich… łamaną polszczyzną.

– Musiołem was, Poloki, zatrzymać, bo mnie ciekawiło jak to jest, że wszyscy z Polski wożą od Francji samochody, a wy jedziecie z temi gołębiami. Co to jest takie?

Opowiedział nam przy okazji całą swoją historię: po dziadkach, którzy osiedli we Francji przed I wojną czuje się Polakiem. Życzył szczęścia, kiedy powiedzieliśmy, że chcemy robić biznes na tych gołębiach.

Kurniki przerobione zostały na woliery dla gołębi. We francuskiej firmie nie wolno było robić szkiców urządzeń, ale nie zabraniano fotografować.

– No to wzięliśmy się na sposób. Niby to pokazywałem, wodząc palcem po fragmentach urządzeń hodowlanych, a Wojtek to fotografował. Po wywołaniu zdjęć bez trudu mogliśmy obliczyć, mierząc długością palca, jakie są wymagane parametry…

Ptaki musiały mieć specjalny, opracowany chałupniczą metodą, podgrzewacz do wody. Zapewniała go grzałka, przydatna zimą w zamkniętym obiegu wody. Dzięki temu woda zamarzała tylko na obrzeżach poidła, ale w środku nie poddawała się mrozom. Zimą należało dostosować światło do rytmu dnia i coraz wcześniej zapadającego zmroku.

Zakupione we Francji ptaki łączone były w pary, po uprzednim „seksowaniu”, czyli zabiegu określającym płeć. To byli przyszli rodzice młodziaków.

– Interes zaczął się kręcić na dobre, kiedy zainteresowała się nami telewizja. Konkretnie program rolny, nadawany w niedziele w godzinach rannych. Dwukrotnie gościli u nas z kamerami. Dziennikarzom spodobało się, że znalazło się dwóch śmiałków, którzy, jedyni w Polsce, prowadzą hodowlę gołębi konsumpcyjnych.

Telewizja zrobiła im znakomitą reklamę, ale i sprowadziła na fermę coś w rodzaju nieszczęścia.

– Nie mogliśmy się opędzić od ciekawskich z całej Polski. Przyjeżdżali zwłaszcza w soboty i niedziele. Byli wśród nich także kupcy. Zwłaszcza rodzice dzieci, które cierpiały na rozmaite rodzaje alergii. Bo gołębie mięso miało cudowne wręcz właściwości antyalergiczne. Było wyjątkowo czyste z naturalnych przyczyn: młodziak był karmiony wyłącznie przez rodziców, nie wyfruwał z gniazda, a więc nie mógł zjeść skażonego jakimiś chemicznymi środkami pokarmu.

Było też wielu chętnych na naturalny nawóz. Nikt wcześniej ani potem nie zrobił, poniekąd mimochodem, tyle dla promocji Skrzyszowa jak ich hodowla, znana już w całym kraju. Podtarnowska miejscowość była rozpoznawalna w Polsce, choć nie posiadała specjalnych walorów historycznych czy turystycznych.

Najlepsze kąski, gołębie piersi, ważące po 350 gram – dużo jak na tak małego ptaka! – dostarczane były na rynek w hermetycznym opakowaniu.

– Stałym odbiorcą była m.in. restauracja „Nowina”, należąca do ojca Piotra Nowiny-Konopki, znanego w tamtych latach polityka. Było to nobliwe miejsce, znane ze znakomitej kuchni. Bywali tu polscy arystokraci, odwiedzający kraj po półwiecznej tu niebytności. Od właściciela wiedzieliśmy, że ochoczo zamawiali piersi z gołębia, przygotowywane na rozmaite sposoby: smażone, pieczone, duszone w winie i podawane w specjalnych sosach.

Wkrótce osiągnęli pułap czterech tysięcy sztuk. Pomagała im francuska firma Grumont, która nadzorowała przebieg hodowli. Francuzi byli zainteresowani importem polskich gołębi ze Skrzyszowa. Ale musieliby osiągnąć pułap 10 tysięcy…

– To było póki co nieosiągalne bez dodatkowych inwestycji. Brakowało nam pieniędzy, więc zwróciliśmy się do banku o kredyt. No i tu stanęliśmy nad przeszkodą nie do pokonania…

Bank odmówił im kredytu, bo, zgodnie z przepisami, gołąb nie jest zwierzęciem hodowlanym. A kredyt może być udzielony wyłącznie na inwestycje z takim przeznaczeniem. Niewiele większy od niego kurczak jak najbardziej należy do zwierząt hodowlanych, ale gołąb już nie!

– Byliśmy na rynku obecni dwa lata. Potknęliśmy się o ten przepis i musieliśmy hodowlę zlikwidować. Wojtek wrócił do hodowli drobiu, ja do zawodu architekta.

A mogli być krezusami, najbogatszymi ludźmi w regionie. O ich gołębie dopominała się cała Polska, kredyt pomógłby rozwijać hodowlę, prowadzić intratny eksport. Niestety, zwyciężyła urzędnicza bezmyślność.

PS. Dla osób, które być może chciałyby pójść w ślady Sipiory i Łabny: zapis mówiący o tym, że gołąb nie jest zwierzęciem hodowlanym, obowiązuje nadal. A Francuzi? Francuzi przeforsowali w Unii Europejskiej bez trudu zapis, mówiący o tym, że ślimak to ryba. Bo tak jest im wygodniej…

Fot. Artur Gawle

Reklamy i banery na portalu Tarnów.in - tel. 883 – 787 – 652, kontakt@tarnow.in

Baner

Baner

Baner
Kliknij i dodaj komentarz

Zabierz głos w dyskusji

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Baner
Wróć do góry
Advertisment ad adsense adlogger