Więcej informacji kategoria Kuchnia

Obyczaje kulinarne. Z szacunkiem do papryki!

Do papryki, zwłaszcza tej „mięsnej”, dużej i grubej, w czerwonym kolorze odnoszę się z należnym jej szacunkiem, a nawet odrobiną egzystencjalnego lęku. Uczucia te to trauma sprzed lat. Pamiętam Erę Przedpaprykową. To kulinarne cudo nie było co prawda sprzedawane na kartki, ale uświadczyć je w sklepach warzywno- jarzynowych graniczyło z cudem. Na szczęście raz na jakiś czas ( mam tu na myśli późne lata siedemdziesiąte),organizowano na rynku w Tarnowie kiermasze. Na tym jesiennym hitem była taka właśnie papryka. Należało odstać w kolejce mniej więcej godzinę i to bez gwarancji, że wróci się z papryką: nigdy przecież ( pochodziła z importu, z Węgier), nie było wiadomo, czy jej wystarczy dla każdego.

Kiedy jednak wracaliśmy z zakupów z torbami pełnymi egzotycznego przysmaku w obowiązkowym, czerwonym kolorze ( papryk żółtych, zielonych, pomarańczowych, o bordowych nie mówiąc nie było rzecz jasna) nosiliśmy na sobie miny szczęśliwców. Jak ci wszyscy którzy wracali z długiej kolejki przed kioskiem Ruchu, z zawieszonym na szyi „różańcem” papieru toaletowego, zawsze deficytowego.

Dlatego dziś, kiedy wszelkich papryk pod dostatkiem, odnoszę się do tego warzywa nieomal z nabożnym szacunkiem. Umiłowałem sobie szczególnie-atawizm, proszę państwa- tę soczystą, czerwoną, idealnie nadającą się do faszerowania.

Wiem, wiem, faszerowana papryka to żadne cudo, powszechnie przecież znane danie. A jednak… Faszerowaliście państwo kiedyś taką paprykę surowym łososiem z drobno posiekanymi oliwkami, zielonymi i czarnymi ,wymieszanymi z okrutnie piekącą mieloną papryką? Taki farsz- dzwonko łososia wypadałoby przed wymieszaniem z resztą frykasów zmielić w maszynce do mięsa- ma wyjątkowy smak. Samą zaś paprykę, z wydłubanym starannie wnętrzem papryki zanurzamy na krótko we wrzątku, nim ją napełnimy. A do farszu koniecznie trzeba dodać łyżkę oliwy z oliwek i kilka łyżkę świeżo wyciśniętego soku z cytryny. I danie gotowe.

Estymą należną obdarzam także paprykę marynowaną, i także z atawistycznych powodów: do dziś pamiętam przecież pięciolitrowy słój jasnożółtej, marynowanej papryki, jaki dzielnie wlokłem przez kilka granic, wracając w latach 70-tych z obowiązkowej wycieczki na Węgry. Zakonserwowana przez bratanków papryka była przez pewien czas przebojem na stole. Musiały minąć lata, bym spróbował marynować i kisić ją po swojemu, kupioną nie w Budapeszcie, lecz w osiedlowym sklepiku w Tarnowie. No cóż, komuna jednak dobrze zrobiła, że upadła…

Polecam kiszenie. Zalewa dobrze znana ,taka jak do ogórków: świeże liście chrzanu, chrzan w korzeniu, ziele angielskie, koper, kolorowy pieprz, liście laurowe, kilka ziarenek jałowca, mile widziana łyżka suszonego majeranku, sól, najlepiej ta morska.

Swoistą niespodzianką będzie tu „farsz”, czyli to, czym napełnimy wnętrze przeznaczonych do kiszenia papryk. A tym farszem będą… obrane ząbki czosnku, maleńkie ogóreczki, takie jak na korniszony, oliwki z oliwek, małe papryczki chili lub czuszki i, na sam wierzch „pokrywka” z liści czarnej porzeczki.

Taka kiszona papryka zapiera dech w piersiach, więc konieczne będzie solidnie zaziębione, białe wino wytrawne. Możemy to jeść wyłącznie z grzankami, ale duszona jagnięcina to jest to, co powinniśmy koniecznie dodać do tej papryki, jeśli chcemy by przyjęcie uznano za elitarne, czego i państwu życzę…

Reklamy i banery na portalu Tarnów.in - tel. 883 – 787 – 652, kontakt@tarnow.in

Baner

Baner

Kliknij i dodaj komentarz

Zabierz głos w dyskusji

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Baner
Wróć do góry
Advertisment ad adsense adlogger