Więcej informacji - kategoria Wiadomości region tarnowski

Pomóżmy Julce z Tuchowa

Julka została wymodlona przez swojego starszego braciszka. Tak bardzo chciał mieć maleńką siostrzyczkę, więc gdy okazało się, że jest w drodze, szalał ze szczęścia – tak jak cała rodzina. Jednak to zniknęło zaraz po jej narodzinach. Julia zaczęła umierać na naszych oczach…

Do momentu porodu wszystko przebiegało książkowo. Świetne wyniki badań, spokój i bezgraniczne szczęście całej rodziny. Mieliśmy już dwóch synków, ze zniecierpliwieniem czekaliśmy na córeczkę. W dzień porodu zrobiliśmy sobie z żoną zdjęcie – ostatnie przed rozwiązaniem. Potem okazało się, że też ostatnie, które utrwalało bezgraniczne szczęście…

Gdy Julka pojawiła się na świecie, nie wydała z siebie pierwszego krzyku, na który się tak czeka. Była cała sina… Zaczął się chaos – widziałem, jak reanimują córeczkę. U żony nastąpiły komplikacje, dostała krwotoku. Lekarze ratowali i ją, i Julkę. Okazało się, że Malutka urodziła się w zamartwicy… Krzyczałem: ratujcie moje dziecko! Wybłagałem karetkę, która przyjechała jednak dopiero po kilku godzinach.

Zabrali Julkę na sygnale, ale nie zdążyli dojechać do drugiego szpitala. W międzyczasie zatrzymanie akcji serca, silne niedotlenienie. Od urodzenia do momentu trafienia pod specjalistyczną opiekę minęło aż 6 godzin! Córeczka walczyła dzielnie, chociaż była o krok od śmierci. Właściwie umierała kilka razy, a ja szalałem z rozpaczy.

Żona została w jednym szpitalu, ja pojechałem do drugiego, za córeczką. Wprowadzili ją w hipertermię, by mózg nie uległ jeszcze większemu uszkodzeniu. Przyszedł ksiądz, ochrzciliśmy Julkę na oddziale. Dotknąłem jej rączki, była zimna jak lód… Przez moją głowę przeszła przerażająca myśl – zupełnie jakby nie żyła… Nie mogłem zostać z córeczką, wróciłem więc do domu, do synków, którzy także drżeli z przerażenia. Patryk leżał z anginą, a dwa dni później nagle młodszy synek źle się poczuł. Trafiliśmy do tego samego szpitala, w którym o życie walczyła Julka. Okazało się, że Bartuś ma plamicę, chorobę potencjalnie śmiertelną! Już nastąpiła martwica jelit, wszystkie narządy krwawiły. Lekarze walczyli o życie mojego kolejnego dziecka…

Powiedzieć, że przeżywałem horror, to nic nie powiedzieć. Nie wiem, jakim cudem to przetrwałem. Wziąłem różaniec i zacząłem się gorąco modlić o życie najważniejszych osób w moim życiu. O Agatę, która nadal leżała w szpitalu, o Juleczkę zadziwiającą wszystkich swoją wolą życia i o Bartusia, który także znalazł się na granicy śmierci. To była próba, której nikomu nie życzę, ale którą przeszliśmy – wszyscy razem.

Dzisiaj jesteśmy już w domu, z naszym małym cudem – Juleczką. Nasza córka przeszła już dwie operacje żuchwy, ale jeszcze wiele przed nią. Julka ma tak wiele chorób, że wymienienie wszystkich zajęłoby kilka stron. Dla nas jednak najważniejsze jest to, że jest z nami, że żyje! Co będzie dalej? Nie wiemy. Lekarze powiedzieli, że mamy cieszyć się każdą chwilą, bo przyszłość jest niepewna. Julka jako jedyne dziecko w Polsce ma wadę 4 chromosomu. Co to oznacza, jak długo może z tym żyć? To są pytania bez odpowiedzi. Wiemy jednak, że zrobimy wszystko, by nasza córka mogła żyć długo i szczęśliwie. By ten wymodlony cud mógł trwać… Bardzo prosimy – pomóż nam w tym.

Mariusz – tata Julki.

Link do zbiórki:

https://www.siepomaga.pl/julia-wiecek

Reklamy i banery wyborcze na portalu Tarnów.in - tel. 509 - 105 -880, kontakt@tarnow.in

Baner

Baner

Kliknij i dodaj komentarz

Zabierz głos w dyskusji

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Baner

Najczęściej czytane

Wróć do góry