Matki, hrabianki, ślepawy Michalik, nieokiełznana siostra Irena…

35.00

Klasztor Sióstr Sercanek ( Sacre Coeur) w Zbylitowskiej Górze

Kategoria:

Opis

Matki, hrabianki, ślepawy Michalik, nieokiełznana siostra Irena…

Osobliwe: Klasztor Sióstr Sercanek ( Sacre Coeur) w Zbylitowskiej Górze, choć ma swoje wyjątkowe miejsce w dziejach Tarnowa, dziwnym zrządzeniem losu (?) nie był przedmiotem szczególnego zainteresowania historyków. Tak mało o nim wiemy, a tak wiele wiedzieć warto. Dziś jest okazja, by poznać kulisy- i to jak smaczne!- tego niezwykłego miejsca. Ukazała się właśnie książka „Klasztor Sióstr Sacre Coeur w Zbylitowskiej Górze” , z intrygującym podtytułem: ”Matki, hrabianki, ślepawy Michalik, nieokiełznana siostra Irena”. Autor: Stefan Eligiusz Bielawski, znany dobrze naszym czytelnikom. Dodam: jedyny, który mógł tak wspaniałą rzecz o klasztorze napisać.

To nie jest zwykła, historyczna monografia niecodziennego miejsca na ziemi. Takie bywają na ogół nudne. Tu mamy pełną anegdot, nieznanych nikomu i nigdzie dotąd niepublikowanych opisów zdarzeń, których autor był świadkiem i uczestnikiem.

– Pamiętasz swój pierwszy pobyt w Klasztorze?

– Nie. Ale wiem jak tam trafiłem. W tekturowym pudełku po oficerskich butach mojego ojca.

-?

– W takim „opakowaniu” zaniosła mnie do Klasztoru mama, tuż po moim urodzeniu. Grudzień 1941 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Przyszedłem właśnie na świat, a że byłem pierworodnym, mama chciała jak najprędzej pochwalić się mną, pokazać mnie Matkom i Siostrom. Ta moja pierwsza podróż za klasztorną bramę była jak znak: przez całe późniejsze lata żyłem w cieniu Klasztoru. W tym dobrym tego słowa znaczeniu. Miejsce to wywarło na mnie, na moje życie szczególne piętno. Bez Klasztoru, bez jego obecności w moim życiu nie byłbym tym, kim jestem. Podrosłem nieco, i już w 1945 sposobiony byłem do ministrantury…

– Mieszkaliście w bliskim sąsiedztwie…

– Wystarczyło przejść na drugą stronę głównego traktu, dziś drogi określanej jako A-4. Szosa przecina pradawną wydmę, powstałą przed kilkunastoma tysiącami lat, kiedy ustępował , topniał w tych stronach lodowiec. O wydmę opiera się także mój dom rodzinny, a Klasztor znajduje się na samym szczycie tej wydmy!

– Byłeś częstym gościem w Klasztorze?

– Dzięki mamie. Współpracowała z dyrektorką szkoły w różnych sprawach organizacyjnych. W przyklasztornej szkole spędziłem rok, w tuż powojennych latach ja zlikwidowano, uczyłem się w nowootwartej w Mościcach. Ale nadal mieliśmy dobre kontakty, moja rodzina przyjaźniła się z Matkami ( po II soborze nazywano je Siostrami).Bywaliśmy na rozmaitych uroczystościach także tych prywatnych Matek, a potem Sióstr. A i one bywały u nas w gościnie.

– Komuna srodze rozprawiła się z Klasztorem?

– Wybrańcy ludu pojawili się kiedyś gremialnie pod murami. Była orkiestra dęta, zajechały traktory i ciężarówki, na podest wyskoczył jakiś chłopek-roztropek, przedstawiciel nowej władzy. Wygłosił płomienne przemówienie. Gestykulując gwałtownie, jakby na przemian to wyrzucał gnój z obory, to doił krowę- wrzeszczał, że trzeba zniszczyć to siedlisko zgnilizny, rozpędzić te kuropatwy. Ojciec mój był leśnikiem i myśliwym, wiedziałem co to kuropatwy, i nie mogłem się nadziwić, że mieszkają one w Klasztorze i trzeba je stamtąd wypędzać…

– A ta zgnilizna, na czym ona polegała?

– Matki, często arystokratki z najlepszych rodów- Czartoryskich, Chłapowskich, Czetwertyńskich – wychowywały tu panny z dobrych domów, ucząc je staropolskich obyczajów, eleganckiego, wyszukanego sposobu bycia, manier. W szkole, choć krótko, uczono mnie jak należy odnosić się do starszych, jak zachować przy stole, jak się poruszać, żeby nie porozumiewać się krzykiem, a mówić w sposób prosty, lecz elegancki, wyszukany. A nawet- jak zamykać drzwi, żeby nimi nie trzaskać. To była ta zgnilizna, do wytępienia której nawoływał jakiś parobek.

– Ostatecznie Klasztor przegrał z władzą?

– Niezupełnie! Matki i Siostry „skurczyły się”, musiały zadowolić niewielką powierzchnią, jaką im zostawiono z liczącego niegdyś 25 hektarowego obszaru. W 1950 powstało tu technikum Rolnicze. Ale wcześniej przeczuwały, że idą złe czasy. Obawiały się rabunku klasztornych dóbr. Pod osłoną nocy wynajęły furmanki od zaufanych chłopów i przewoziły najcenniejsze sprzęty, księgozbiór- na drugą stronę wydmy. Do nas. Tu mój ojciec i pan Kasprzyk, sąsiad czcigodny, z którym żyliśmy w przyjaźni- poukrywali to w obszernych, długich na całą kamienicę pomieszczeniach na parterze, nazywanych „halamą”. Matki miały rację: przed Klasztorem pojawiło się wojsko i milicja, ciężarówki. Wpadli tu, ale nie zastali nic wartościowego. Byli też u nas, ale nic nie znaleźli, niczego się od dorosłych nie dowiedzieli. A kiedy wszystko ucichło, matki pozabierały te sprzęty na powrót do Klasztoru…

– Kiedy wycofywali się stąd Niemcy, Klasztor omal nie został wysadzony przez nich w powietrze!

– Dowiedziałem się o tym od matki Krystyny Chwalibogowskiej. Jeździli po okolicy, ale Klasztor był przysłonięty drzewami i krzewami, mury oplecione winnicą, a z daleka widzieli jedynie krzyż, i brali to miejsce za kościół. Nie wiadomo, z jakich powodów zamierzali dokonać wysadzenia. Na szczęście nie udało się.

– Długo zwlekałeś z napisaniem tej książki.

– Mijały lata, a ja rozległą wiedzę o tym miejscu trzymałem dla siebie. Z czasem Klasztor otoczony został rozmaitymi domami jednorodzinnymi, powstało wielkie osiedle, na którym zamieszkali ludzie z odległych stron. Nowobogaccy, zupełnie nie związani z tymi stronami takimi jak moje i mojej rodziny emocjami. Niektórzy „pouczali” mnie, co to tam się działo, za tymi murami. Że mieli tam aż pięć stołów, że matki jadały osobno, że służba… Dementowałem to, bo skąd ci nowi mogli mieć jakąś wiedzę, skoro do Klasztoru z klauzurą nie wpuszczano nikogo obcego, a i ktoś znany musiał mieć referencje, być poleconym. ”Jo był kierowcom autobusa, i ludzie mi opowiadali, co tam się działo!”- mawiał jeden taki, kreujący się na znawcę klasztornego życia. Wtedy zrozumiałem, że muszę podzielić się moją wiedzą. Taką z pierwszej ręki.

– Trochę to trwało.

– Duży wpływ miał na mnie kolega szkolny Romek. Słuchał moich opowieści o Klasztorze i popędzał. Cztery lata temu, pod kapliczką, po majówce wręcz mnie ochrzanił: ” Stefek, ty jesteś leń! Jak nie zaczniesz pisać, to nie pokazuj się więcej pod tą kapliczką!”. Nie było żartów, zabrałem się do pracy.

– Klasztor kurczy się?

– W czasach świetności było tu 60 sióstr, potem już tylko 20, teraz zostało 5. Te starsze przeniosły się do Warszawy, a nowicjatu nie ma w ogóle. Słyszałem pogłoski, że Klasztor może zostać sprzedany, że przestanie istnieć. To mnie dołowało, ale i dopingowało do ocalenia wszystkiego, co wiem i co warto przekazać o tym niezwykłym miejscu. A to „wszystko”- w mojej książce!

Rozmawiał: Zygmunt Szych

Reklamy i banery na portalu Tarnów.in - tel. 883 – 787 – 652, kontakt@tarnow.in

Baner

Baner

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Napisz pierwszą opinię o “Matki, hrabianki, ślepawy Michalik, nieokiełznana siostra Irena…”

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wróć do góry
Advertisment ad adsense adlogger