Więcej informacji kategoria Magazyn Tarnow.in

Weekend z Tarnów.in: Opowieści niesamowite. Nocna, wędrowna bezdomność

(Na podstawie opowieści Radomira Kurzeja z przysiółka Paryż w okolicach Pilzna).


– Spędziłem kilkanaście lat w Bieszczadach. W głuszy absolutnej koiłem nerwy po rozmaitych kłopotach z prawem. Krótko: siedziałem niesłusznie, nie ja winien, kolega to zrobił, a wrobili, skazali i posadzili mnie. Kiedy wyszedłem, nie nadawałem się do miasta. Łaziłem po bliższej i dalszej okolicy, poza uczęszczanymi szlakami. I wreszcie znalazłem to, czego szukałem: kurna chata, bez komina, z klepiskiem zamiast podłogi. Trochę trwało, nim trafiłem na spadkobiercę tej ruiny. Kupiłem za bezcen i osiedliłem się tutaj. Raj!

Nikt mnie tu nie odwiedzał, ludzie z okolic mieli mnie za dziwaka. Nikt z nich nie znał mojej przeszłości. Nikomu też się z niej nie zwierzałem, bo i po co? Współczucia nie potrzebowałem od nikogo. Za dnia poznawałem okolice, po południu do sklepiku po zakupy ,”dzień dobry” do bywalców z butelką taniego wina i do chałupy. Trochę kurek, dwa koguty, warzywniak, żeby się w obejściu nie zanudzić się na śmierć.

– Pamiętam, była zima. Tęga, z mrozem jak się patrzy, śniegami że chałupę trzeba było codziennie odkopywać, żeby dało się wyjść. I ten księżyc w pełni, jakby go kto wyciął z cynkowej blachy.

Późny, bardzo późny nawet jak na zimową porę wieczór. Właściwie już noc. Pukanie, a raczej walenie do drzwi. Zapalam świecę, ledwie uchylone drzwi skrzypią niemiłosiernie.

– Przyjmiecie?

W progu stoi jakiś dziwny osobnik. W czapce rogatywce, wyliniałym baranim kożuchu i butach do kolan. Na rękach trzyma trzęsącego się z zimna psinę niewielkich rozmiarów.

Zapraszam do środka, zapalam naftową lampę, elektryczności tu nie mam, jak to w kurnej chacie. Częstuję herbatą z tutejszych ziół. Osobnik wyraźnie odtajał i opowiada o sobie, skąd tu się wziął. Wychodzi na to, że jest bezdomnym wędrowcem. Życie spędza w podróży po różnych okolicach. Miast unika, szuka odległych przysiółków i niewielkich wsi. Jeszcze nie trafił tak, powiada, żeby go ktoś przegonił precz.

Jest chyba północ, albo trochę dalej. W kącie kuchni wymościłem mu siennik świeżą słomą. Odmawia takiego posłania.

– a juści- powiada- a na zapiecku nie dałoby się?

Dałoby, czemu nie. Solidny, wybielony świeżo chlebowy piec kusi miłym ciepełkiem. Gość wspina się na zapiecek, podkula nogi, okrywa kożuchem, zasypia i zaraz chrapie tak głośno, że myszy zaprzestają nocnych harców…

Mam czujny sen, po latach życia w odludnym miejscu w Bieszczadach i tym tu pomieszkiwaniu na odludziu. Jeszcze przez sen słyszę jak skrzypią otwierane drzwi, z trzaskiem zamyka je gwałtowny podmuch wiatru. Kot, zaniepokojony, miauczy z cicha i nie daje zasnąć, drapiąc mnie po nosie.

Wstaję, idę ze świecą do okna. Na rozświetlonym od księżyca w pełni śniegu widzę mojego gościa, jak kroczy zanurzony po kolana w zaspach. Idzie w stronę lasu, psinę trzyma jedną ręką za pazuchą. Wkrótce znika mi z pola widzenia i ginie w ciemnym lesie.

Wracam na posłanie. I nagle uświadamiam sobie, że z kuchni, z zapiecka dobiega mnie głośne chrapanie. Jakoś wcześniej dziwnym trafem go nie słyszałem. Zapalam naftową lampę: w jej blasku widzę mojego nocnego gościa. Śpi w najlepsze, czujny pies budzi się na chwilę i zaraz znika pod kożuchem.

Po raz trzeci pieje kogut. Wstaję, gość też już na nogach. Siadamy do jajecznicy na słoninie.

– Pan… lubi nocne spacery?

– A dy tak jus – odpowiada w swoim dziwacznym języku, co się tłumaczy jako „ależ gdzie tam!”.

– A więc to nie pan wyszedł w nocy do lasu? Skrzypiały otwarte drzwi, to musiał był pan , nikt tu przecież nie łazi nocami w taką zimę!

Dziwny grymas na jego twarzy. Ale szybko zmienia temat. Prawi o tym, że przydałby mu się garniec ciepłej wody, żeby się obmyć przed wędrówką. Pyta, czy odsłużyłem już powabę i czy liwerunek mi zanadto nie dokucza. „A osep zdany?”- chce wiedzieć.

Kiwam głową, że niby wszystko rozumiem. Dojada resztki jajecznicy, wyciera chlebem patelnię, daję mu dwie kromki ze słoniną na drogę.

I idzie, choć jeszcze całkiem ciemno. Wyglądam przez okno. Kroczy po kolanach w zaspach, z psiną pod pachą. Księżyc jeszcze świeci, i widzę, że stąpa po tych samych śladach, po których szedł nocny nieznajomy, podobny kropla w kroplę do mojego gościa. I jak tamten, znika w ciemnym lesie…

Minął rok. Trafiłem z nudów do miejskiej biblioteki. ”Słownik chłopskiej polszczyzny” Glogera. Czytam, że garniec to cztery litry, powaba to dodatkowe zobowiązanie chłopa na rzecz folwarku, liwerunek to podatek w naturze na rzecz wojska, a osep to danina w ziarnie…

Wszystkie te słowa, dziś już dawno zapomniane i nie używane przez nikogo, pochodzą z połowy 19- stulecia…

Reklamy i banery na portalu Tarnów.in - tel. 883 – 787 – 652, kontakt@tarnow.in

Baner

Baner

Kliknij i dodaj komentarz

Zabierz głos w dyskusji

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Baner
Wróć do góry